Trudno powiedzieć, jakie były pierwsze świadome słowa Jagody. Mama obstawia następujące:
- Tata (Mama, niechętnie co prawda, ale musiała przyznać, że wyraz "tata" wypowiadany był przez córkę z wielką dozą radości i zachwytu na widok rzeczonego obiektu, że wypada sądzić - używany był świadomie)
- mniam, am (cóż, dziecko, które tak lubi jeść, musiało szybko nauczyć się dopominać o swoje ;))
- pa pa
- a ku ku.
Rodzice nie pamiętają już dokładnie, na kiedy przypadają początki mowy najmłodszej pociechy. Wydaje się, że może koło 8-9 miesiąca Jagoda zaczęła powtarzać wyżej wspomniane słowa. Z czasem do pojedynczych wyrazów dochodziły nowe. Do tego Mała wypowiadała je tak niewyraźnie, że Mama musiała zgadywać o co właściwie chodzi. Często po wielokrotnym powtórzeniu czegoś i wskazaniu na obrazek, domyślała się wreszcie, co oznacza dana zbitka głosek. Tak więc powstała cała grupa dziwnie brzmiących wyrazów typu "piechek, kochek, kchiachek, ciacho" czyli kolejno: piesek, kotek, kwiatek, ciastko.
Jagoda miała i ciągle ma dużo do powiedzenia, ale głównie w swoim dziecięcym, niezbyt zrozumiałym dla reszty ludzi, języku. Chętnie używała różnych wyrazów dziękonaśladowczych typu: "Oo"(gdy cos spadło, zepsuło się, rozsypało)!, "ba" (bam, bach), "aj", "acha" (stosowane powszechnie zamiast- tak), "acha-cha" (co oznaczało zachwyt, na przykład na widok nowej spinki we włosach), "opa" itp.
Nauczyła się też prosić, by włączono jej ulubione bajki. Popychając dorosłego w kierunku sofy i wręczając mu pilota, mówiła: "Lala, Po?" co oznaczało Teletubisie albo "Paka Paka" czyli Dobranocny ogród.
Jeśli chodzi o imiona i nazwy członków rodziny, to oczywiście najwcześniej padło słowo "tata". Mama na swoją kolej musiała poczekać jeszcze parę miesięcy. Ostatnio Jagoda zaczęła mówić: "baba", "dziadzio" oraz "Awa" czyli Ewa i tak nazywana jest każda ciocia, nie tylko Ewa... Najtrudniej wychodziło Jadze zwracanie się do brata... cóż, właściwe to nie wychodziło wcale... Aż całkiem niedawno podczas oglądania zdjęć, gdzie kolejno wskazywała osoby: "mama, "tata", okazało się, że o Łukaszu mówi "Kuku".
Jagodowy słownik prawie każdego dnia ulega wzbogaceniu o nowy wyraz. A oto podstawowy zasób słów Jagody: ato (auto), bapa (banan), oko, awa (woda), kunka (kutrtka, kot), koka (kotek), kaka (kaczka, kwa kwa), dżi (drzwi), błoto, myju myju, łaa łaa (hau hau), muu, miał, łaaa (no tak to robi tygrys), kupa (kupa, pielucha), jajo, kojo, koło, kacha (kasza, Kasia), da (daj), ma (masz), Asia, A cio to?, czieść, nie, picio (picie).
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jagoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jagoda. Pokaż wszystkie posty
środa, 8 stycznia 2014
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Bajka o (Nie)Śpiącej Królewnie
Dawno dawno temu, za pagórkami, pod małym lasem, żyła sobie dziewczynka o słodkim imieniu Jagódka. Mieszkała z rodzicami i bratem w uroczym domku z ogródkiem... Brzmi jak bajka? Nic bardziej mylnego... Oto początek historii niczym z horroru...
I choć bajek tu nie opowiadam, to chyba zła wiedźma rzuciła czar na dziecko. Gdy tylko Jagódka zmrużyła oko, jakiś wredny chochlik kazał jej się budzić! Już w szpitalu dziecina doprowadzała Matkę na skraj rozpaczy drąc się wniebogłosy, zamiast słodko spać jak na nowo narodzoną przystało.
Biedna kobieta z przerażeniem patrzyła w przyszłość... I miała rację, bo choć rzeczywistość jawiła się w różowych barwach, to tylko z racji koloru ubranek, w które strojono małą Królewnę.
Dziewczynka nie mogła się porządnie wyspać... a z nią w niepamięć odeszły czasy błogiego snu rodziców...
Maleńka budziła się w nocy po kilka razy, w dzień też nie było lepiej. Niewyspane dziecko było ciągle marudne, pocieszenia szukając przy matczynej piersi... Gdy zaś tak nie spała i nie jadła, domagała się ciągłej uwagi. Trzeba było ją nosić na rękach i zabawiać, by głośnym płaczem nie obwieszczała swego niezadowolenia. Mama nie sypiała w nocy razem z córką, w dzień też nie miała okazji nadrobić sennych zaległości. Zaledwie kilka razy zdarzyło się, że Jagoda przespała w ciągu dnia około trzech godzin pod rząd. Zazwyczaj ucinała sobie ze dwie godzinne lub nawet krótsze drzemki.
Rodzice z rozrzewnieniem wspominali czasy, gdy starszy brat dziewczynki był niemowlęciem i pięknie zasypiał sam w łóżeczku... No może nie działo się tak od samego początku, bo jak przez mgłę pamiętali, że w dzień różnie z tym spaniem bywało. Nie zmienia to faktu, że Łukasz był dzieckiem pogodnego usposobienia i jeśli nie spał, to humor miał dobry i nie wymagał ciągłego zainteresowania swą osobą.
Rodzice nie mieli dobrego sposobu na uśpienie córki. Próbowali bujać ją w wózku. Najczęściej Jagódka zasypiała podczas karmienia, wtedy Mama wstrzymywała oddech i ostrożnie przekładała ją do łóżeczka. Jeśli Mała nie zasnęła w trakcie jedzenia, rodzice nosili ją na rękach i, o zgrozo! lulali do snu...
Do tego Jagoda nie lubiła jazdy autem i zamiast zasnąć od razu po umieszczeniu jej w foteliku samochodowym, jak na typowego dzidziusia przystało, wrzeszczała przez większość drogi...
Wiadomo, po narodzinach dziecka, życie rodziców nabiera nowych kolorów. I tak twarz mamy mieniła się rożnymi odcieniami niczym tęcza... Bladym z niewyspania, czerwonym z wściekłości, żółkła z zazdrości na wieść o tym, jak to inne dzieci śpią niczym aniołki... Kiedyś Mama pożaliła się sąsiadce, że Jaga nie chce spać i ostatnio zdrzemnęła się tylko 40 minut w ciągu dnia. Kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową i odrzekła ze zbolałą miną, że jej synek - rówieśnik Jagody ma tak samo i wczoraj spał tylko 4 godziny...
Na szczęście wszystko dobre, co się dobrze kończy. Okazało się, że zły urok rzucono tylko na pierwszy rok życia dziewczynki. Przed upływem dwunastu miesięcy, stał się prawdziwy cud i Jagódka zaczęła przesypiać noce! Wraz z ukończeniem przez nią roczku unormowały się też drzemki dzienne. Odtąd Jaga zasypia między 20 a 21 i śpi do 7 rano. W południe ucina sobie solidną, prawie trzygodzinną, drzemkę. Stała się też radosnym i uroczym dzieckiem... i wszyscy śpią długo i szczęśliwe...;)
I choć bajek tu nie opowiadam, to chyba zła wiedźma rzuciła czar na dziecko. Gdy tylko Jagódka zmrużyła oko, jakiś wredny chochlik kazał jej się budzić! Już w szpitalu dziecina doprowadzała Matkę na skraj rozpaczy drąc się wniebogłosy, zamiast słodko spać jak na nowo narodzoną przystało.
Biedna kobieta z przerażeniem patrzyła w przyszłość... I miała rację, bo choć rzeczywistość jawiła się w różowych barwach, to tylko z racji koloru ubranek, w które strojono małą Królewnę.
Dziewczynka nie mogła się porządnie wyspać... a z nią w niepamięć odeszły czasy błogiego snu rodziców...
Maleńka budziła się w nocy po kilka razy, w dzień też nie było lepiej. Niewyspane dziecko było ciągle marudne, pocieszenia szukając przy matczynej piersi... Gdy zaś tak nie spała i nie jadła, domagała się ciągłej uwagi. Trzeba było ją nosić na rękach i zabawiać, by głośnym płaczem nie obwieszczała swego niezadowolenia. Mama nie sypiała w nocy razem z córką, w dzień też nie miała okazji nadrobić sennych zaległości. Zaledwie kilka razy zdarzyło się, że Jagoda przespała w ciągu dnia około trzech godzin pod rząd. Zazwyczaj ucinała sobie ze dwie godzinne lub nawet krótsze drzemki.
Rodzice z rozrzewnieniem wspominali czasy, gdy starszy brat dziewczynki był niemowlęciem i pięknie zasypiał sam w łóżeczku... No może nie działo się tak od samego początku, bo jak przez mgłę pamiętali, że w dzień różnie z tym spaniem bywało. Nie zmienia to faktu, że Łukasz był dzieckiem pogodnego usposobienia i jeśli nie spał, to humor miał dobry i nie wymagał ciągłego zainteresowania swą osobą.
Rodzice nie mieli dobrego sposobu na uśpienie córki. Próbowali bujać ją w wózku. Najczęściej Jagódka zasypiała podczas karmienia, wtedy Mama wstrzymywała oddech i ostrożnie przekładała ją do łóżeczka. Jeśli Mała nie zasnęła w trakcie jedzenia, rodzice nosili ją na rękach i, o zgrozo! lulali do snu...
Do tego Jagoda nie lubiła jazdy autem i zamiast zasnąć od razu po umieszczeniu jej w foteliku samochodowym, jak na typowego dzidziusia przystało, wrzeszczała przez większość drogi...
Wiadomo, po narodzinach dziecka, życie rodziców nabiera nowych kolorów. I tak twarz mamy mieniła się rożnymi odcieniami niczym tęcza... Bladym z niewyspania, czerwonym z wściekłości, żółkła z zazdrości na wieść o tym, jak to inne dzieci śpią niczym aniołki... Kiedyś Mama pożaliła się sąsiadce, że Jaga nie chce spać i ostatnio zdrzemnęła się tylko 40 minut w ciągu dnia. Kobieta pokiwała ze zrozumieniem głową i odrzekła ze zbolałą miną, że jej synek - rówieśnik Jagody ma tak samo i wczoraj spał tylko 4 godziny...
Na szczęście wszystko dobre, co się dobrze kończy. Okazało się, że zły urok rzucono tylko na pierwszy rok życia dziewczynki. Przed upływem dwunastu miesięcy, stał się prawdziwy cud i Jagódka zaczęła przesypiać noce! Wraz z ukończeniem przez nią roczku unormowały się też drzemki dzienne. Odtąd Jaga zasypia między 20 a 21 i śpi do 7 rano. W południe ucina sobie solidną, prawie trzygodzinną, drzemkę. Stała się też radosnym i uroczym dzieckiem... i wszyscy śpią długo i szczęśliwe...;)
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Katastrofalna dziewczyna
Łukasz ma siostrę... od prawie 10 miesięcy...
Posiadanie jednego potomka cudownie wzbogaciło życie rodziców. Pojawienie się drugiego... uczyniło je jeszcze piękniejszym... ale również wywróciło do góry nogami. Terminy: "odpoczynek", "czas wolny" oraz "życie towarzyskie" zniknęły ze słownika rodziców... Miejmy nadzieję, że nie na zawsze...
Ale wróćmy do początku. Jagoda, bo tak nazwano dziewczynkę, urodziła się tydzień po terminie, we wtorek, zaraz po Świętach Wielkanocnych. A stało się to o godzinie 11.35, 10 kwietnia 2012 roku w rocznicę Katastrofy Smoleńskiej...
Córka osiągnęła słuszne rozmiary i masę: 56cm długości i 3800g wagi.
Już na oddziale poporodowym Jagoda dała się Mamie nieźle we znaki. Zamiast pozwolić biedaczce odpocząć po trudach porodu, nieustannie łaknęła bliskiego kontaktu cielesnego z matczynym biustem. W razie nieotrzymania tegoż, włączała syrenę alarmową, informując o swej niedoli pół szpitala...
Tak... początki byłe nielekkie... niestety, im dalej w las....
Okazało się, że wymarzona córeczka mamusi, w porównaniu do pierworodnego, to niezła zołza! Rodzice z nostalgią wspominali zachowanie synka, gdy był niemowlęciem... Jego pogodne usposobienie, łatwość w obsłudze, bezproblemowe zasypianie oraz podziwu godną samodzielność i niezależność (czytaj: brak konieczności noszenia go w kółko na rękach), itd.... W odróżnieniu od Łukasza, Jagoda domagała się bezustannej uwagi i adoracji. Sen (zwłaszcza rodziców) miała w pogardzie, łóżeczko gryzło ją w plecy, gdy tylko próbowano ją w nim położyć, zaś ulubionym środkiem transportu były rączki któregoś z rodziców.
A propos środków transportu, podobno większość niemowląt uwielbia jazdę samochodem, gdyż szum auta i lekkie kołysanie działają na nie usypiająco. Mama słyszała niejedną historię, o tym jak rodzice pakowali malucha do auta, a ten po chwili przejażdżki, ucinał sobie drzemkę. Otóż Jagoda zdecydowanie nie należała do tej grupy dzieci. Każdą podróż potrafiła zamienić w katorgę swoim darciem w wniebogłosy...
No cóż... Trafił się rodzicom egzemplarz wymagający i dość upierdliwy.... Podsumowując - rodzice mieli z córką przesrane, dosłownie i w przenośni. A skoro już o tym mowa, to jeśli chodzi o utylizację pokarmu, rzadkie kupy były, paradoksalnie, bardzo częstym punktem programu... Jagodziak-super-Słodziak zwany był również Jagodziakiem-super-Smrodziakiem... zgadnijcie dlaczego...
Posiadanie jednego potomka cudownie wzbogaciło życie rodziców. Pojawienie się drugiego... uczyniło je jeszcze piękniejszym... ale również wywróciło do góry nogami. Terminy: "odpoczynek", "czas wolny" oraz "życie towarzyskie" zniknęły ze słownika rodziców... Miejmy nadzieję, że nie na zawsze...
Ale wróćmy do początku. Jagoda, bo tak nazwano dziewczynkę, urodziła się tydzień po terminie, we wtorek, zaraz po Świętach Wielkanocnych. A stało się to o godzinie 11.35, 10 kwietnia 2012 roku w rocznicę Katastrofy Smoleńskiej...
Córka osiągnęła słuszne rozmiary i masę: 56cm długości i 3800g wagi.
Już na oddziale poporodowym Jagoda dała się Mamie nieźle we znaki. Zamiast pozwolić biedaczce odpocząć po trudach porodu, nieustannie łaknęła bliskiego kontaktu cielesnego z matczynym biustem. W razie nieotrzymania tegoż, włączała syrenę alarmową, informując o swej niedoli pół szpitala...
Tak... początki byłe nielekkie... niestety, im dalej w las....
Okazało się, że wymarzona córeczka mamusi, w porównaniu do pierworodnego, to niezła zołza! Rodzice z nostalgią wspominali zachowanie synka, gdy był niemowlęciem... Jego pogodne usposobienie, łatwość w obsłudze, bezproblemowe zasypianie oraz podziwu godną samodzielność i niezależność (czytaj: brak konieczności noszenia go w kółko na rękach), itd.... W odróżnieniu od Łukasza, Jagoda domagała się bezustannej uwagi i adoracji. Sen (zwłaszcza rodziców) miała w pogardzie, łóżeczko gryzło ją w plecy, gdy tylko próbowano ją w nim położyć, zaś ulubionym środkiem transportu były rączki któregoś z rodziców.
A propos środków transportu, podobno większość niemowląt uwielbia jazdę samochodem, gdyż szum auta i lekkie kołysanie działają na nie usypiająco. Mama słyszała niejedną historię, o tym jak rodzice pakowali malucha do auta, a ten po chwili przejażdżki, ucinał sobie drzemkę. Otóż Jagoda zdecydowanie nie należała do tej grupy dzieci. Każdą podróż potrafiła zamienić w katorgę swoim darciem w wniebogłosy...
No cóż... Trafił się rodzicom egzemplarz wymagający i dość upierdliwy.... Podsumowując - rodzice mieli z córką przesrane, dosłownie i w przenośni. A skoro już o tym mowa, to jeśli chodzi o utylizację pokarmu, rzadkie kupy były, paradoksalnie, bardzo częstym punktem programu... Jagodziak-super-Słodziak zwany był również Jagodziakiem-super-Smrodziakiem... zgadnijcie dlaczego...
Subskrybuj:
Posty (Atom)