I stało się... Mama usłyszała najgorsze - dla każdej matki posiadającej syna - słowo: NARZECZONA! Wiadomo, jest drugie, jeszcze gorsze, mrożące krew w żyłach: SYNOWA... ale to akurat nie zostało użyte, bo Prawie Sześciolatek nie jest świadomy wszystkich koligacji rodzinnych i potencjalnie rodzinnych. Wrócmy jednak, do początku.
Mama przyszła z Łukaszem do przedszkola, dzieci z jego grupy pałętały się pod salą, koło prowizorycznej mini szatni na korytarzu. Łukasz, jak to Łukasz, siedział nieco rozkojarzony, a Mama pomagała mu się rozebrać, gdy nagle podbiegła do niego jedna z koleżanek. I teraz wszystko podziało się tak szybko, a jednocześnie dla Mamy świat zatrzymał się w miejscu i stała się bardziej nieprzytomna niż jej synek. Dziewczynka chwyciła Łukasza za obie ręce i z promiennym uśmiechem na ustach czule rzekła:
- Łukasz! Nareszcie jesteś! - na co Łukasz niczym zbudzony ze snu królewicz, z równie rozjaśnionym obliczem, odparł:
- O Aga!, cześć!
Aga coś tam dalej paplała, czego zszokowany umysł Matki nie mógł przyswoić i tylko stała z otwartą ze zdumienia paszczęką
- To teraz największa para od kilku dni - powiedziała przedszkolanka, Pani Agnieszka.
- Łukasz i ona - spytała mama, wskazując palcem na gruchające dzieci.
- Tak, Aga cały czas za nim lata, tłumaczę jej, że to dziewczyny powinny być zdobywane, a nie nie na odwrót, ale jakoś nie dociera - dodała Pani śmiejąc się.
Dzieci zaczęły ustawiać się w parach przy drzwiach, gotowe do wyjścia na śniadanie. Łukasz kończył zakładać kapcie, gdy znów pojawiła się przy nim Aga.
- Łukasz, nie pozwolę ci zostać samemu - powiedziała nieco melodramatycznie. - Poczekam na Ciebie i pójdziemy razem w parze.
Okazało się też, że Aga poprosiła Panią, by nigdzie nie szli dopóki Łukasz nie skończy się ubierać. No i wreszcie poszli. Aga otrzymała jeszcze od Łukasza reprymendę, że nie umyła porządnie rąk mydłem.
W drodze powrotnej z przedszkola Mama postanowiła dowiedzieć się więcej o wybrance syna. No i usłyszała, że chodzą na posiłki razem w parze, że czasem się bawią i rozmawiają. Poza tym Aga jest bardzo miła, ale czasem niezbyt miła, bo ciągle chce całować Łukasza, a przecież to nie jest dobre, bo można się czymś zarazić... Na co Mama odrzekła, że całus w policzek nie jest chyba taki straszny. Łukasz zaczął prostować, że Aga chce go całować wszędzie: w policzek, ręce, brodę, usta, nos...
- To może ona jest w tobie zakochana?
- Tak, właśnie 19 lutego bierzemy ślub!
- Czyli to twoja narzeczona?
- Tak.
- A czyj to był pomysł, żeby wziąc ślub?
- Agi, to ona chciała.
- A ty, co o tym sądzisz, Łukasz?
- No ja myślę, że to chyba nie jest najlepszy pomysł...
- Dlaczego? - zdziwiła się Mama.
- No bo do 19 lutego to jest mało czasu i my nie zdążymy dorosnąć - rezolutnie odparł Syn...
Uff... wizja posiadania synowej nieco spłowiała... ;)
sobota, 23 marca 2013
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Katastrofalna dziewczyna
Łukasz ma siostrę... od prawie 10 miesięcy...
Posiadanie jednego potomka cudownie wzbogaciło życie rodziców. Pojawienie się drugiego... uczyniło je jeszcze piękniejszym... ale również wywróciło do góry nogami. Terminy: "odpoczynek", "czas wolny" oraz "życie towarzyskie" zniknęły ze słownika rodziców... Miejmy nadzieję, że nie na zawsze...
Ale wróćmy do początku. Jagoda, bo tak nazwano dziewczynkę, urodziła się tydzień po terminie, we wtorek, zaraz po Świętach Wielkanocnych. A stało się to o godzinie 11.35, 10 kwietnia 2012 roku w rocznicę Katastrofy Smoleńskiej...
Córka osiągnęła słuszne rozmiary i masę: 56cm długości i 3800g wagi.
Już na oddziale poporodowym Jagoda dała się Mamie nieźle we znaki. Zamiast pozwolić biedaczce odpocząć po trudach porodu, nieustannie łaknęła bliskiego kontaktu cielesnego z matczynym biustem. W razie nieotrzymania tegoż, włączała syrenę alarmową, informując o swej niedoli pół szpitala...
Tak... początki byłe nielekkie... niestety, im dalej w las....
Okazało się, że wymarzona córeczka mamusi, w porównaniu do pierworodnego, to niezła zołza! Rodzice z nostalgią wspominali zachowanie synka, gdy był niemowlęciem... Jego pogodne usposobienie, łatwość w obsłudze, bezproblemowe zasypianie oraz podziwu godną samodzielność i niezależność (czytaj: brak konieczności noszenia go w kółko na rękach), itd.... W odróżnieniu od Łukasza, Jagoda domagała się bezustannej uwagi i adoracji. Sen (zwłaszcza rodziców) miała w pogardzie, łóżeczko gryzło ją w plecy, gdy tylko próbowano ją w nim położyć, zaś ulubionym środkiem transportu były rączki któregoś z rodziców.
A propos środków transportu, podobno większość niemowląt uwielbia jazdę samochodem, gdyż szum auta i lekkie kołysanie działają na nie usypiająco. Mama słyszała niejedną historię, o tym jak rodzice pakowali malucha do auta, a ten po chwili przejażdżki, ucinał sobie drzemkę. Otóż Jagoda zdecydowanie nie należała do tej grupy dzieci. Każdą podróż potrafiła zamienić w katorgę swoim darciem w wniebogłosy...
No cóż... Trafił się rodzicom egzemplarz wymagający i dość upierdliwy.... Podsumowując - rodzice mieli z córką przesrane, dosłownie i w przenośni. A skoro już o tym mowa, to jeśli chodzi o utylizację pokarmu, rzadkie kupy były, paradoksalnie, bardzo częstym punktem programu... Jagodziak-super-Słodziak zwany był również Jagodziakiem-super-Smrodziakiem... zgadnijcie dlaczego...
Posiadanie jednego potomka cudownie wzbogaciło życie rodziców. Pojawienie się drugiego... uczyniło je jeszcze piękniejszym... ale również wywróciło do góry nogami. Terminy: "odpoczynek", "czas wolny" oraz "życie towarzyskie" zniknęły ze słownika rodziców... Miejmy nadzieję, że nie na zawsze...
Ale wróćmy do początku. Jagoda, bo tak nazwano dziewczynkę, urodziła się tydzień po terminie, we wtorek, zaraz po Świętach Wielkanocnych. A stało się to o godzinie 11.35, 10 kwietnia 2012 roku w rocznicę Katastrofy Smoleńskiej...
Córka osiągnęła słuszne rozmiary i masę: 56cm długości i 3800g wagi.
Już na oddziale poporodowym Jagoda dała się Mamie nieźle we znaki. Zamiast pozwolić biedaczce odpocząć po trudach porodu, nieustannie łaknęła bliskiego kontaktu cielesnego z matczynym biustem. W razie nieotrzymania tegoż, włączała syrenę alarmową, informując o swej niedoli pół szpitala...
Tak... początki byłe nielekkie... niestety, im dalej w las....
Okazało się, że wymarzona córeczka mamusi, w porównaniu do pierworodnego, to niezła zołza! Rodzice z nostalgią wspominali zachowanie synka, gdy był niemowlęciem... Jego pogodne usposobienie, łatwość w obsłudze, bezproblemowe zasypianie oraz podziwu godną samodzielność i niezależność (czytaj: brak konieczności noszenia go w kółko na rękach), itd.... W odróżnieniu od Łukasza, Jagoda domagała się bezustannej uwagi i adoracji. Sen (zwłaszcza rodziców) miała w pogardzie, łóżeczko gryzło ją w plecy, gdy tylko próbowano ją w nim położyć, zaś ulubionym środkiem transportu były rączki któregoś z rodziców.
A propos środków transportu, podobno większość niemowląt uwielbia jazdę samochodem, gdyż szum auta i lekkie kołysanie działają na nie usypiająco. Mama słyszała niejedną historię, o tym jak rodzice pakowali malucha do auta, a ten po chwili przejażdżki, ucinał sobie drzemkę. Otóż Jagoda zdecydowanie nie należała do tej grupy dzieci. Każdą podróż potrafiła zamienić w katorgę swoim darciem w wniebogłosy...
No cóż... Trafił się rodzicom egzemplarz wymagający i dość upierdliwy.... Podsumowując - rodzice mieli z córką przesrane, dosłownie i w przenośni. A skoro już o tym mowa, to jeśli chodzi o utylizację pokarmu, rzadkie kupy były, paradoksalnie, bardzo częstym punktem programu... Jagodziak-super-Słodziak zwany był również Jagodziakiem-super-Smrodziakiem... zgadnijcie dlaczego...
wtorek, 8 stycznia 2013
Komplementy
Łukasz od zawsze był chłopcem towarzyskim i otwartym, potrafiącym bez trudu zaskarbić sobie sympatię rozmówcy. Nie miał kłopotów z nawiązywaniem nowych znajomości, zatem zaczepianie obcych ludzi w sklepie czy w poczekalni przychodni nie stanowiło dla niego problemu. A że był też mężczyzną szarmanckim, to niejednej kobiecie udało się usłyszeć z ust tego trzy-czterolatka jakiś komplement. A to że " ma pani ładną torebkę", a inna fryzurę, a to Mamie, że "pachnie jak róża" albo sprzedawczyni w Smyku, że "ma ładne zabawki..., itd..
I tak pewnego razu po skończonym obiedzie, zjedzonym ze smakiem, Łukasz, doceniając kulinarne starania Mamy, rzekł:
- Mamo jesteś najpyszniejszą gotowarką na świecie! (czytaj: kucharką najpyszniej gotującą) - Czyż to nie wspaniały komplement?!
I tak pewnego razu po skończonym obiedzie, zjedzonym ze smakiem, Łukasz, doceniając kulinarne starania Mamy, rzekł:
- Mamo jesteś najpyszniejszą gotowarką na świecie! (czytaj: kucharką najpyszniej gotującą) - Czyż to nie wspaniały komplement?!
niedziela, 23 grudnia 2012
środa, 17 października 2012
Katement i inne takie takie... na Ka...
Mama coś-tam-robi w kuchni, Łukasz bawi się obok w salonie.
- Łukasz, pamiętasz, obiecałeś wczoraj Tacie, że posprzątasz w swoim pokoju, jak wrócisz z przedszkola.
Syn coś tam mruknął, że niby przyjął do wiadomości, jednakże nie kwapiąc się zbytnio do wypełnienia obowiązku... Po chwili Mama widzi, że samochód Taty właśnie wjechał na podjazd...
- Łukasz, Tata wrócił, a ty nie posprzątałeś!
- No kurwa, myślałem, że wróci w nocy.
Mamę zatkało i tak osłupiała przez chwilę zastanawia się czy się przesłyszała, czy z ust pięciolatka padło właśnie to słowo na Ka..., pyta więc:
- Co powiedziałeś?
- No kurwa, myślałem, że wróci w nocy.- "Więc jednak, nie przesłyszałam się" - myśli Mama i pyta:
- Łukasz, a co to znaczy kurwa?
- To takie kurka wodna - "Zatem wie, tylko skąd?"- myśli Mama i dalej bada teren.
- A gdzie usłyszałeś to słowo?
- Nie pamiętam, nie wiem gdzie - pada wymijająca odpowiedź.
- Oj przypomnij sobie. Ktoś ci je powiedział? Gdzie je usłyszałeś? - mama naciska.
- Nie wiem, może w jakiejś piosence, może w wiadomościach - odpowiada Łukasz.
- Na pewno nie w wiadomościach, bo to jest brzydki wyraz, przekleństwo - poucza Mama.
- A co to jest przekleństwo?
- To taki brzydki wyraz, który dorośli mówią, gdy są bardzo zdenerwowani lub źli. Dzieciom nie wolno go używać, lepiej mówić: kurka wodna, kurka kwaśnirka...
- Katement*?- dorzuca swój grosik Łukasz.
- Tak, katement też może być.
* katemnent - to takie słowo, które się mówi, jak się jest złym na coś - wyjaśnił kiedyś Łukasz zaintrygowanym rodzicom, którzy przez chwilę starali się rozszyfrować, co kryje się za tym magicznym słowem. Ka-tement, ka-tement???... gad dement?... czyli jak się okazało: God damn it! ulubione "powiedzonko" Taty...
- Łukasz, pamiętasz, obiecałeś wczoraj Tacie, że posprzątasz w swoim pokoju, jak wrócisz z przedszkola.
Syn coś tam mruknął, że niby przyjął do wiadomości, jednakże nie kwapiąc się zbytnio do wypełnienia obowiązku... Po chwili Mama widzi, że samochód Taty właśnie wjechał na podjazd...
- Łukasz, Tata wrócił, a ty nie posprzątałeś!
- No kurwa, myślałem, że wróci w nocy.
Mamę zatkało i tak osłupiała przez chwilę zastanawia się czy się przesłyszała, czy z ust pięciolatka padło właśnie to słowo na Ka..., pyta więc:
- Co powiedziałeś?
- No kurwa, myślałem, że wróci w nocy.- "Więc jednak, nie przesłyszałam się" - myśli Mama i pyta:
- Łukasz, a co to znaczy kurwa?
- To takie kurka wodna - "Zatem wie, tylko skąd?"- myśli Mama i dalej bada teren.
- A gdzie usłyszałeś to słowo?
- Nie pamiętam, nie wiem gdzie - pada wymijająca odpowiedź.
- Oj przypomnij sobie. Ktoś ci je powiedział? Gdzie je usłyszałeś? - mama naciska.
- Nie wiem, może w jakiejś piosence, może w wiadomościach - odpowiada Łukasz.
- Na pewno nie w wiadomościach, bo to jest brzydki wyraz, przekleństwo - poucza Mama.
- A co to jest przekleństwo?
- To taki brzydki wyraz, który dorośli mówią, gdy są bardzo zdenerwowani lub źli. Dzieciom nie wolno go używać, lepiej mówić: kurka wodna, kurka kwaśnirka...
- Katement*?- dorzuca swój grosik Łukasz.
- Tak, katement też może być.
* katemnent - to takie słowo, które się mówi, jak się jest złym na coś - wyjaśnił kiedyś Łukasz zaintrygowanym rodzicom, którzy przez chwilę starali się rozszyfrować, co kryje się za tym magicznym słowem. Ka-tement, ka-tement???... gad dement?... czyli jak się okazało: God damn it! ulubione "powiedzonko" Taty...
Subskrybuj:
Posty (Atom)